Życie to wieczna karuzela, huśtawka. Kiedy już zaczynałam akceptować swój los, swoje życie - nawet jeśli to nie było wymarzone życie i zaczynałam zauważać, że nie jest tragicznie to pojawił się czerwiec. Ten przeklęty koniec roku. I wiecie co? Nic. Znaczy się coś.
Coś sobie uświadomiłam, że minął rok. ROK! Ponad 300 dni, od czerwca 2016 roku i znowu jestem w domu. Doszłam do wniosku, że moje życie jednak jest tragiczne, najgorsze, złe, do niezaakceptowania, a z losem nigdy się nie pogodzę. Stoję w miejscu, jeśli chodzi o sferę, która odgrywa najważniejszą rolę w moim życiu.
Tak, tak chodzi mi o te uczucia.
Tak samo mocno kocham, czekam, łudzę się i jestem coraz głupsza.
Nie wiem co robić, jak żyć. Ze stratą jednej ukochanej osoby sobie poradziłam, chociaż było ciężko. Ale to była inna sytuacja. Miłość, związek i śmierć. Zupełnie inny wymiar niż pocałunki po alkoholu, dużo słów po alkoholu. Dla mnie to jednak ważne, znaczące.
Nic mi nie wychodzi. Nawet pisanie pracy licencjackiej przypomina komediodramat, z wątkami bardziej dramatycznymi.