wtorek, 14 sierpnia 2018

069.

Pierwszy post w 2018 roku.
Nie pisałam (prawie) 8 miesięcy. Chociaż nie raz chciałam tutaj napisać.
Szczególnie, gdy poznawałam ludzi - dzięki którym odnalazłam dużą część siebie. Chciałam też napisać, gdy byłam najszczęśliwiej zakochaną dziewczyną na świecie. Później jako jeszcze szczęśliwsza singielka chciałam opisać co się działo. Gdy kończyła się znajomość, z osobą z którą mieszkałam dwa lata - również tutaj zaglądałam.
Jednak nic nie publikowałam. To były ulotne uczucia. Bardzo.

Niestabilność. Tak mogę określić ten czas jaki był.

Wszystko się zmieniło. I ja się zmieniłam.
Jestem pewniejsza siebie, przez co w końcu mniej przepraszam za to, że żyję.

Gdybym miała opisać tutaj wszystko co się działo, to by nocy nie starczyło. A i pamięć szwankuje, więc nie wszystko bym odtworzyła.

Dobrze, że ludzie są i będą. Ludzie są w porządku. Dalej pragnę dla wszystkich jak najlepiej, mimo wszystko. Nawet wtedy, gdy z premedytacją uderzam człowieka w twarz. Bym napisała, że to polecam - upust emocji murowany, jednak na tym zakończę.

czwartek, 28 grudnia 2017

068.

Czas leci. Szybko pędzi, aby raz na jakiś czas przyhamować i pozwolić odpocząć. Mija rok, dwa. Zmienia się otoczenia, znajomi, podejście do życia.
U mnie też się zmieniło. Dużo.
Jedno się nie zmienia. Miłość nigdy nie ustaje. Tęsknota nie maleje. Myśli, o Tobie, w mojej głowie, są w takim samym natężeniu. I ciągle wierzę, że mi się przyśnisz. Cholernie bym tego chciała. Zobaczyć chociaż jeszcze raz Ciebie, jak stoisz, jak się uśmiechasz, jak jesteś, jak żyjesz.


Z okazji urodzin.... Jezu, jak ja bym chciała skierować do Ciebie te słowa, za dwa dni. Nawet, gdybyśmy nie byli już razem, chciałabym móc dać Ci prezent, napisać życzenia i patrzeć jak obchodzisz kolejne urodziny.
Nigdy nie chciałam patrzeć jak odchodzisz, nigdy nie chciałam Ciebie tulić, zaraz po tym jak zamknąłeś oczy na wieczność....


czwartek, 6 lipca 2017

067.

Życie to wieczna karuzela, huśtawka. Kiedy już zaczynałam akceptować swój los, swoje życie - nawet jeśli to nie było wymarzone życie i zaczynałam zauważać, że nie jest tragicznie to pojawił się czerwiec. Ten przeklęty koniec roku. I wiecie co? Nic. Znaczy się coś.
Coś sobie uświadomiłam, że minął rok. ROK! Ponad 300 dni, od czerwca 2016 roku  i znowu jestem w domu. Doszłam do wniosku, że moje życie jednak jest tragiczne, najgorsze, złe, do niezaakceptowania, a z losem nigdy się nie pogodzę. Stoję w miejscu, jeśli chodzi o sferę, która odgrywa najważniejszą rolę w moim życiu.
Tak, tak chodzi mi o te uczucia.
Tak samo mocno kocham, czekam, łudzę się i jestem coraz głupsza.
Nie wiem co robić, jak żyć. Ze stratą jednej ukochanej osoby sobie poradziłam, chociaż było ciężko. Ale to była inna sytuacja. Miłość, związek i śmierć. Zupełnie inny wymiar niż pocałunki po alkoholu, dużo słów po alkoholu. Dla mnie to jednak ważne, znaczące.

Nic mi nie wychodzi. Nawet pisanie pracy licencjackiej przypomina komediodramat, z wątkami bardziej dramatycznymi.